… PODBÓJ AMERYKI PÓŁNOCEJ ROZPOCZĘTY!

Cześć! Dawno się nie słyszęliśmy, ale musicie uwierzyć, że odkąd wjechaliśmy do Meksyku, sporo się dzieje 😉 Przez ostatnie półtorej tygodnia poznaliśmy niesamowitych ludzi i odwiedziliśmy miejsca, które szybko uświadomiły nam, jak różnorodnym krajem jest Meksyk. Ale po kolei…

Nasza meksykańska przygoda zaczęła się w zeszłą niedzielę, w Meridzie, na półwyspie Jukatan. To właśnie tam poznaliśmy naszego gospodarza Craiga, Kanadyjczyka, od kilkunastu lat mieszkającego w Meksyku. O jakże się ucieszyliśmy, gdy zobaczyliśmy jego dom! Po dwóch tygodniach spędzonych w PRLowskim klimacie, przestronne i piękne wnętrza były miłą odmianą. Czuliśmy się wręcz jak w jednym z tych domów, które można oglądać w magazynach wnętrzarskich. Nic dziwnego, w końcu Craig jest emerytowamym designerem i projektantem. Poza tym okazał się też bardzo dobrym kompanem rozmów i przewodnikiem po mieście. Już pierwszego dnia zaprowadził nas do swojej ulubionej ulicznej knajpki, a my delektowaliśmy się pierwszym meksykańskim żarciem 😉 Było pysznie! Potwierdzamy też, że Meksyk to raj dla smakoszy! Mamy już za sobą tacos, quesadillę, tortas, burito i mnóstwo innych smakołyków, których nazw nie spamiętaliśmy. Oczywiście my nie pozostaliśmy dłużni i zaprezentowaliśmy Craigowi to, w czym jesteśmy najlepsi – schabowego z mizerią! Musimy przyznać, że tak się stęskniliśmy za tym smakiem i tak dobrze nam się gotowało w tych luksusach, że naszym zdaniem to były najlepsze schabowe tego wyjazdu! Dobra, dość już o jedzeniu, przecież jest miasto do zwiedzenia! Merida w takiej postaci, w jakiej dzisiaj ją znamy (wcześniej była tutaj osada Majów), została założona pod koniec XVI w., przez Hiszpanów rzecz jasna. W całym mieście obowiązuje zakaz budowania wysokich konstrukcji, by nie zaburzać jego pierwotnego charakteru. A ma on wiele z kolonialnej zabudowy całej Ameryki Południowej (place, kościoły, kolorowe domy, uporządkowany schemat ulic). Wyjątkowo spodobała nam się katedra w sercu miasta, której wnętrze było nad wyraz surowe i puste. Dowiedzieliśmy się, że to wszystko za sprawą rewolucji z początku XX w., której główni bohaterowie nie chcieli zrównać z ziemią zabytkowych świątyń, postanowili je więc „jedynie” ograbić. Warto też wspomnieć, że złoty okres miasta to również wiek XIX, kiedy to tereny te były głównym eksporterem sizalu, materiału używanego m.in. przy produkcji lin żeglarskich. Wtedy też w Meridzie wykształciła się klasa wielkich kapitalistów, którzy z pieniędzy z boomu gospodarczego zbudowali piękne wille na wzór francuski, które podziwiać można przy Pasaje de Montejo, będącej jedną z wizytówek miasta.

Ooooo! Zapomnielibyśmy! Odwiedziliśmy też ZOO, w którym bawiliśmy się jak małe dzieci! 😉 Było super, zaliczyliśmy nawet przejażdżkę kolejką dla najmłodszych. 😉

Kolejne miejsce na naszej trasie to Veracruz. To portowe miasto nad Zatoką Meksykańską znane z tego, że w swojej historii odparło wszystkie przypuszczane na nie ataki morskie. Stąd też często można spotkać się z inną nazwą – Heroica Veracruz (Bohaterskie Veracruz). To totalne przeciwieństwo Meridy, wysokie wieżowce i hotele na dobre wpisały się w krajobraz miasta. W jednym z apartamentowców mieszka Gerry ze swoją dziewczyną, Magalie. To właśnie oni udzielili nam gościny na kolejne dwa dni. Już pierwszego dnia Gerry zaciągnął nas na typowy, meksykański targ, gdzie spróbowaliśmy przysmaku z Veracruz – koktajlu z owoców morza. Nigdy nie podejrzewaliśmy, że będziemy jego fanami, a jednak! Istne niebo w gębie! Okazało się też, że Gerry prowadzi knajpę z piwami świata (wśród nich polski Koźlak), więc popołudnie minęło nam na sączeniu lokalnych browarów 😉 Następny dzień to włóczęga bez końca po centrum i okolicach. Musimy przyznać, że Veracruz robi wrażenie i jest wyjątkowo czyste i zadbane. Wielogodzinny spacer to była sama przyjemność! 😉

Po Meridzie i Veracruz czas w końcu na stolicę kraju – Mexico City. Po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na nocleg u hosta, który nie ma żadnych referencji i nie mówi po angielsku. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę! Już po 5 minutach przełamywaliśmy lody pijąc Tequilę z Francisco. Okazało się, że pod jednym dachem mieszka on z żoną i ojcem, a dodatkowo w dłuższe odwiedziny wpadł jego brat z synem i kolega z północy kraju. Prawdziwa pełna chata! Wszyscy mieli dla nas sporo wskazówek, co koniecznie musimy zobaczyć w mieście, acz potrzebowalibyśmy wtedy w samym Mexico City spędzić ze 3 tygodnie 😉 Musimy przyznać, że dawno nie byliśmy w tak wielkiej metropolii. Na nasze szczęście komunikacja w Mexico jest bardzo sprawnie zorganizowana, choć w metrze spędzaliśmy czasem po dwie godziny dziennie, bo dysnanse do pokonania spore. Stolica ma wiele do zaoferowania. Przepiękne stare centrum z katedrą i Pałacem Narodowym oraz niezliczona ilość zabytków, miejsc kultury i parków położonych blisko centrum. Na obrzeżach też nie można się nudzić! Coyoacán (dzielnica Fridy Kahlo) z kolorowymi domkami i park Chapultepec to tylko niektóre przykłady miejsc, w których można się zgubić na dłużej 😉 Oczywiście podjechaliśmy też do Matki Boskiej z Guadalupe!

Stolica zdecydowanie zapadnie w naszej pamięci nie tylko dzięki mnogości atrakcji, które można w niej znaleźć, ale przede wszystkim dzięki wspaniałej rodzinie, z którą mieszkaliśmy. Cudownie było wracać po całym dniu zwiedzania do domu, w którym czekała na nas kawa i ludzie ciekawi naszych spostrzeżeń na temat miasta i opowieści o dotychczasowych podróżach 😉 Szczerze mamy nadzieję, że spotkamy się z nimi w niedalekiej przyszłości!

Połowa pobytu w Meksyku za nami. Sporo się działo, acz nie zwalniamy tempa i liczymy na to, że kolejne dni będą równie ciekawe! Do usłyszenia 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s