… SPECJALNIE DLA WAS POWSTAŁY KUBAŃSKIE „PAMIĘTNIKI Z WAKACJI”!

Cześć! To będzie niezwykły wpis. Na pewno jest już lipiec, a my jesteśmy w Meksyku, ale słowa, które czytacie, systematycznie spisywaliśmy będąc na Kubie. Trochę chcieliśmy pobawić się formą tego bloga, a trochę baliśmy się, że nie udźwigniemy podsumowania tak intensywnie spędzonego czasu. Zapraszamy więc do lektury naszych „Pamiętników z wakacji”! Przed Wami zapis 14 dni spędzonych na Kubie! 😉

DZIEŃ 1 – poniedziałek, 20.06.2016

Drogi Pamiętniku! Po prawie 24 godzinach od opuszczenia Medellin dotarliśmy na Kubę! Nie było łatwo, bo od początku nic nie szło zgodnie z planem… Spóźnione i odwołane loty, kłótnia o horendalnie wysokie podatki, nocna taksówka przez Wenezuelę, bieganina po lotniskach oraz absolutny hit – dwukrotne podchodzenie do lądowania ze względu na bardzo złe warunki pogodowe w Havanie – to tylko część przygód, które wpadły na nasze konto w ciągu ostatniej doby. Gdy już jedną nogą byliśmy poza lotniskiem, zza winkla wyskoczył kubański celnik, któremu w horoskopie wyszło, że musi podnieść ciśnienie dwóm Polakom 😉 Na dobre 20 minut utknęliśmy w gradobiciu szczegółowych pytań. Ale oto voilá! Jesteśmy wolni i w końcu wsiadamy do zabytkowej taksówki w towarzystwie nieogarniającego życia, waluty i taryfy chińczyka. Pół godziny, kłótnia po hiszpańsku o wysokość stawki i nareszcie jesteśmy w domu naszego gospodarza. PRL pełną gębą! Ta podróż w czasie całkiem nas ucieszyła, poczuliśmy się jak we własnych domach początku lat 90-tych. No i widok z naszego balkonu jest oszałamiający! Wkoło budynki, które czasy świetności dawno mają za sobą, a na drugim tle zabytkowe centrum. Pierwszy spacer tylko potwierdził naszą ekscytację. Była gęsia skórka i wrażenie, że przenieśliśmy się do innego świata. Na każdym jednak kroku witały nas serdeczne uśmiechy Kubańczyków 🙂 Odwzajemnialiśmy je z radością, a już totalnego banana mieliśmy, gdy usiedliśmy nad oceanem.
Ale, ale, drogi Pamiętniku, nie możemy się już rozpisywać, bo przed nami jeszcze 13 dni, pół flaszki rumu i dwie zupki Vifon znalezione w tutejszym „markecie”. Ciesząc się wieczornym widokiem z balkonu mówimy „do usłyszenia jutro”!

image

DZIEŃ 2 – wtorek, 21.06.2016

„Za czym kolejka ta stoi?!” – to pytanie ciśnie się na usta na każdym kroku. Jak na państwo komunistyczne przystało, na Kubie trzeba odstać swoje. My na przykład utknęliśmy w banku, chcąc wymienić walutę, bo akurat Pani, która obsługiwała okienko, poszła zjeść obiad i chyba wybitnie się nim delektowała… 😉 Na szczęście nie było kolejek po rum, który można kupić dosłownie wszędzie. Skusiliśmy się zatem na drugi rodzaj Havana Club, tym razem trzyletni. Przyznać musiny, że pozostaniemy chyba smakoszami tego najtańszego, z pierwszego dnia 😉 Nie wyobrażamy sobie pobytu na Kubie bez spróbowania tutejszego cygara. Jako, że jesteśmy zaczepiani na ulicy co chwilę, a fraza „Taxi amigo/friend/sir/seniorita?” jest najczęściej słyszanym zwrotem, postanowiliśmy wykorzystać zaczepkę i zasięgnąć informacji odnośnie cygar właśnie. Tym sposobem znaleźliśmy się w jakimś zaułku i od podejrzanej babki kupiliśmy nasze pierwsze cygara. Po degustacji już na naszym balkonie przyznać musimy, że chyba smakoszami nie zostaniemy, ale godzinny lans we własnym towarzystwie zaliczony.
Drogi Pamiętniku! Nie myśl, że tylko palimy i pijemy. Koło 30km mamy w nogach i wciąż nie zwalniamy tempa 🙂 Havana jest przepiękna, a my czujemy się tu jak w domu. Do jutra!

image

image

image

image

image

image

DZIEŃ 3 – środa, 22.06.2016

Poranek. Teraz oznacza to godzinę 9 z groszami, bo na balkonie z widokiem na centrum Havany przesiadujemy do poźnych godzin nocnych. No i po prawdzie nigdzie nam się nie spieszy, bo słońce zachodzi w końcu przed 21 😉 Zaczęło się od razu z grubej rury, bo okazało się, że nasz gospodarz, Raul, jest fryzjerem, a Tomek w potrzebie. Pół godziny, 8 zł i już chłopak nie do poznania! Wypacynkowani mogliśmy ruszyć na miasto. Chyba jeszcze nie wspominaliśmy, że na Kubie obowiązują dwie waluty: peso wymienialne/turystyczne CUC i peso kubańskie CUP. Zorientowaliśmy się, że żeby przeżyć tu za grosze, należy porzucić myślenie zachodnioeuropejskie. Żegnaj CocaColo, Pringelsy czy Snickersy i witaj prawdziwa Kubo! Na zapleczu malutkiej i obskórnej restauracji dokonaliśmy szemranej wymiany CUC na CUP i oto mogliśmy wreszcie stać w kolejce po lody za 50 gr, z dumą dzierżąc w dłoni peso kubańskie 😉 Jako, że dzień poprzedni minął nam zadaniowo, dziś zwiedzanie! Z przewodnikiem w ręku zatopiliśmy się w najbardziej popularne miejsca w stolicy. Tak, piękne i wymuskane, ale co poradzić jak nam najbardziej podoba się nieturystyczna i biedna część miasta, w której mieszkamy. W dwie czy trzy godziny machnęliśmy wszystkie place i kościoły i zaczęła się prawdziwa przygoda w dzikiej Havanie. Poznaliśmy uroczą rodzinę, która prowadzi „restaurację” w swojej kuchni i za grosze przygotowuje pyszne pizze i soki, czy bar dla lokalsów, gdzie można napić się ogromnej lemoniady za cenę paczki gum do żucia. Znów pewnie koło 30 km w nogach, ale zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy zobaczyć, i nadbrzeżem w cudownym, orzeźwiającym deszczu, wróciliśmy do siebie. Pamiętniku! Musisz wiedzieć, że Kubańczycy to bardzo pomocni i życzliwi ludzie, choć jeśli kręcisz się w najbardziej turystycznych miejscach, z pewnością będą Cię zaczepiać co kilka minut. Nie przeszkadza nam to wcale, bo i tak jesteśmy prawdziwie zauroczeni ich spontanicznością i otwartością. Zaraz kładziemy się spać, tym razem trzeźwi, bo jutro ruszamy na podbój kolejnego miasta, Cienfuegos. Pa!

image

image

image

image

DZIEŃ 4 – czwartek, 23.06.2016

Dotarliśmy! Noclegu nie rezerwowaliśmy, licząc, że szybko sam się znajdzie. Nie myliliśmy się, już po 5 minutach od przybycia rozkładaliśmy swoje betle w nowym pokoju. Rodzina jak zwykle przemiła, a i taras z hamakami się znalazł 😉 Musimy przyznać, że pierwsze wrażenie nie było najlepsze. W centrum dużo turystów, ulica a’la Krupówki i same „speszjal offers” tylko dla nas. Popatrzyliśmy na swoje kubańskie pesos i zapłakaliśmy. Głód zaglądał nam w oczy, bo dobre pół godziny nie mogliśmy nic znaleźć za normalne pieniądze, a nic nie jedliśmy już od dłuższego czasu. Kilka przecznic od centrum i już czekały na nas miejscowe specjały w kubańskich domach! Świeże soki za 30 gr, gorąca buła z jajkiem, cebulą za 80 gr, lody za 50 gr czy pizza za 1,20 zł. Zaszliśmy też do piekarni na kartki (PRL pełną gębą) i dostaliśmy buły na wieczorną posiadówę. Szybka, mała i słodka kawa za 10 gr to też już chyba nasz rytuał 😉  Zastanawiamy się, dlaczego ludzie mają w głowach obraz drogiej Kuby. Nam póki co idzie wybitnie, stołujemy się tylko u lokalsów, z którymi da się też fajnie pogadać (na tyle, na ile pozwala nam język). Poszwędaliśmy się po mieście, widzieliśmy leżącą na chodniku, świeżo zarżniętą świnię, mamy jakiś plan na kolejne dni. Tyle na dziś, słyszymy się jutro!

image

image

image

image

DZIEŃ 5 – piątek, 24.06.2016

Czas poznać miasto. W 40-stopniowym upale przeszkitkowaliśmy naprawdę całą wiochę. Życie Kubańczyków w sporej części skupia się na ulicy. To tu grają w domino czy piłkę nożną albo prowadzą rozmowy z sąsiadami, przesiadując na progach swoich domostw. Jako że drzwi wejściowe i duże okna zawsze są otwarte, mogliśmy śmiało podejrzeć, co tam słychać w środku takiej hacjendy! Kiedy zmęczeni upałem chcieliśmy złapać oddech na ławce, podszedł do nas młody Kubańczyk i zaczął zagajać rozmowę. Nie był natrętny i nie chciał nas w żaden sposób wykorzystać, więc naszą znajomość kontynuowaliśmy na piwie (pokazał nam lokal z dobrym piwem dla tutejszych za grosze) 😉
Jako że peso kubańskie stało się naszą podstawową walutą, musieliśmy też zatroszczyć się o świeży zastrzyk CUP-ów. Co zrobić, gdy kantor już zamknięty? Wystarczy nieco demonstracyjnie wyrazić niezadowolenie z tego faktu, a w mig zjawi się przy nas tutejszy cinkciarz! Nasz miał 160 cm, tipsy, getry w panterkę i jakieś 70 lat 😉 Po wymianie postanowiliśmy ustawić się w kolejce po pieczywo. Uwaga! Piekarnia czynna tylko dwie godziny, więc wszystko trzeba wcześniej zaplanować. Rada na przyszłość – zawsze musisz mieć swoją siatkę… Dziś w ofercie piekarni buły i nic więcej. Kupiliśmy zatem 10 pięknych i jeszcze ciepłych buł. Na przepojkę lokalna oranżada, którą miły pan wlał nam do przyniesionej, pustej butelki po wodzie. Nie ma lekko, czas ustawić się w ostatniej już dzisiaj kolejce. Tym razem po lokalny rarytas – INTERNET! Pół godziny i każdy trzymał w ręku godzinną kartę otwierającą bramy raju 😉 Jako że musimy dobrze gospodarować czasem, 15 minut musiało wystarczyć, reszta na później. Tyle na dziś, zobaczymy, co przyniesie sobota!

image

image

image

DZIEŃ 6 – sobota, 25.06.2016

Szwędania się ciąg dalszy. Dziś było chyba apogeum gorąca, jednak w bojowych nastrojach, szukając ochłody, ruszyliśmy na cmentarz… 😉 Piękny był, załączamy zdjęcia. Jako że ochłoda marna, zaczęliśmy spacer w dobrze znanym kierunku, na nasze ulubione piwo. Widzieliśmy dziś znowu świnie na ulicy, tym razem żywe i prowadzone na łańcuchu przez swoich właścicieli. Nie były to jednak urocze, małe świnki, a wielkie i tłuste świniaki, które prawdopodobnie wkrótce znajdą się na talerzach tutejszych mieszkańców. Widok był to zacny, tym bardziej, że kubańska trzoda jest raczej charakterna i lubi chodzić własnymi ścieżkami 😉 Już bardziej posłuszne są konie, których jest tu od groma i które robią za taksówki 😉
Cienfuegos przeszliśmy wzdłuż i wszerz. Mamy swoich ulubionych sprzedawców i rytuały, które ustalają nasz rytm dnia. To wszystko właściwie jest już historią, bo jutro uciekamy do kolejnej wioski na smażing-plażing!

image

image

image

image

DZIEŃ 7 – niedziela, 26.06.2016

Po sześciu dniach spędzonych w miastach, mniejszych lub większych, postanowiliśmy zażyć trochę słodkiego nieróbstwa na kubańskiej wsi. Wybór padł na położone niedaleko Cienfuegos Rancho Luna. Pół godziny na pace ciężarówki przypominającej chłodnię i oto jesteśmy! Pierwsze wrażenie – raj na ziemi! Plaża, lazurowa woda i uśmiechnięci wczasowicze 😉 Szybko jednak okazało się, że przemili do tej pory Kubańczycy traktują nas jako chodzący bankomat. I tak oto dowiedzieliśmy się, że kupowanie jedzenia i picia w takich samych cenach jak dla Kubańczyków, co miało miejsce do tej pory, nie będzie możliwe. Rozumiemy, że w takich miejscach naturalnym jest, że ceny są wyższe, ale nigdzie do tej pory nie spotkaliśmy się z podwójnymi standardami. Tymczasem gdy weszliśmy do pierwszego lepszego baru dostaliśmy kartę z normalnymi cenami w peso kubańskim, a podczas składania zamówienia okazało się, że dla nas ceny są cztery razy wyższe. Cztery razy to i tak najmniejsza przebitka, bo hitem okazała się szklanka soku, która powinna kosztować ok. 35-80 gr, a nam została zaproponowana za 8 zl 😉 Dodamy jeszcze, że pani z baru argumentowała, że lokalsi jedzą taniej, bo dostają gorsze jedzenie, co jest absolutną nieprawdą. Pamiętniku! Jesteśmy już tyle miesięcy w podróży, taka szopka to nie dla nas. Wydawałoby się, że na takiej wiosce spotkamy uroczych i pomocnych Kubańczyków. Niestety, jeśli nie chcesz płacić jak frajer, patrzą na ciebie raczej złowrogo. Jasnym punktem dnia było jednak to, że mogliśmy w końcu potaplać się w ciepłym morzu przy pięknej pogodzie 😉 Mamy nadzieję, że jutro towarzyszyć nam będą już tylko same pozytywne emocje 🙂

image

image

image

image

DZIEŃ 8 – poniedziałek, 27.06.2016

Dobra. Przez noc pogodziliśmy się ze światem i z nową energią zaczęliśmy kolejny dzień! Postanowiliśmy, że dzisiaj tylko smażing-plażing i nicnierobienie. Plan wykonany! Morze Karaibskie jest gorące i mega słone, co ułatwia leniwcom unoszenie się na powierzchni 😉 Piwko i obiad pod palmą, szybki spacer po okolicy i już trzeba było się chować przed popołudniową burzą. Kochamy ten popołudniowo-wieczorny deszcz, który przynosi ulgę od czterdziestostopniowych upałów 😉 Zasmakowaliśmy trochę życia przeciętnego wczasowicza, acz nie ukrywamy, że cieszymy się niezmiernie na jutrzejszy wyjazd do kolejnej kolonialnej perły Kuby. Dzień zakończyliśmy szybkim wypadem na plażę, gdzie czekały na nas (i nasze dokarmianie) wygłodniałe kraby 😉 Ale to już historia, bo od jutra bawimy w Trinidadzie! Pa!

image

image

DZIEŃ 9 – wtorek, 28.06.2016

Rano szybkie pakowando, powrót chłodziarko-ciężarówką do Cienfuegos, małe śniadanie i już siedzieliśmy w autobusie do Trinidadu. W mieście powitał nas prawdziwy NALOT gospodarzy oferujących nocleg u siebie. Wśród rozwrzeszczanego tłumu wybraliśmy ofertę najbardziej przystępną cenowo, a jednocześnie nie odebiegającą standardem od innych. Właściciel casy (domu), nazwijmy go umownie Bogdan, wygląd miał typowego handlarza. Zaczes, złoty ząb i sygnet. Niestety, mina mu szybko zrzedła gdy okazało się, że niewiele z nas wyciśnie. Bo nie jesteśmy zainteresowani jedzeniem u Bogdana za ogromne pieniądze, ani wycieczką konną i innymi. Nie zdzwiło nas więc za bardzo, gdy wróciliśmy po rekonesansie miasta, a Bogdan w drzwiach oświadczył nam, że zupełnie zapomniał, że na nasz pokój miał już dawno rezerwację niemieckich turystek… Szybko zakwaterował nas u swojej znajomej, za co w sumie jesteśmy wdzięczni, bo u Pani dom ładniejszy, a ona sama o wiele milsza od Bogdana 😉

Na pierwszy rzut oka Trinidad rzeczywiście jest perłą Karaibów, acz oczywiście przesiąkniętą też turystycznym duchem. Pospacerowaliśmy kilka godzin i już poza centrum znaleźliśmy cudo – szpital, który umieszczony jest na parterze dużego budynku. Trochę podpatrzyliśmy, jak to na Kubie wygląda, i chyba nie chcielibyśmy się tam znaleźć… 😉 Od jutra eksplorujemy okolice Trinidadu w poszukiwaniu prawdziwych skarbów. Według nas w centrum ich nie ma 😉

image

image

DZIEŃ 10 – środa, 29.06.2016

Jak zapowiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Buła z serem przepita sokiem z mango u naszego ulubionego sprzedawcy i w drogę! Postanowiliśmy przespacerować na plażę (morze jest w miarę blisko), ale kierunek wybraliśmy nieco nieoczywisty. Turystom proponowany jest wypad na plażę Ancon, my jednak poszliśmy w półtoragodzinny spacer w jedną stronę na plażę w miejscowości La Boca. Czysta przyjemność! Po drodze piękne widoki, góry, wiejskie krajobrazy, krowy, ogromne kraby (czasem rozjechane) 😉 Mieliśmy nadzieję, że może morze przyniesie nam nieco ulgi w tym ukropie, jednak woda była ciepła, więc już po trzech kwadransach i jednym lokalnym piwie „La Palma” byliśmy w trasie powrotnej. Po drodze jeszcze kilka postojów na szybkie refresco (oranżada domowego wyrobu) i z wielką ulgą dotoczyliśmy się do pokoju na siestę w godzinach szczytu. Późniejszym popołudniem wreszcie czas, żeby pokręcić się po centrum. Po prawdzie w ścisłym centrum nie widzieli nas zbyt długo (naganiacze nie dają żyć), skupiliśmy się nieco dogłębniej na jego okolicach 😉 Piękne są te kolorowe domy i stare, brukowane ulice, acz wspinanie się po nich, szczególnie w wysoookiej temperaturze, nieco męczy 😉 Tu więc skończymy na dziś. Do jutra!

image

image

image

image

DZIEŃ 11 – czwartek, 30.06.2016

Dzień zaczęliśmy „kubańskim” rytuałem – kawą, sokiem z mango i bułą ze smażonym jajem. Miało nam dać to sił, by wyspinać się na mirador (punkt widokowy), ale upał był tak niemiłosierny, że zdezerterowaliśmy z trasy 😉 Jak to już mamy w zwyczaju, pokręciliśmy się po przeróżnych zakamarkach miasta, zaglądając do wnętrz domów Kubańczyków. Natrafiliśmy na szkołę, żłobek z leżakującymi maluchami i próbę orkiestry w starej szopie. Ani się nie obejrzeliśmy, a zrobiło się przed 15. Czas gotować się na mecz! W naszym pokoju telewizor z tych mniejszych, no i siało, więc przenieśliśmy się do salonu gospodarzy. Po 2. minucie już planowaliśmy, czego to nie wypijemy i zapalimy, jeśli wejdziemy do półfinału. Jak wiadomo, ostatecznie musieliśmy obejść się smakiem, choć kciuki za Polaków trzymała cała casa. Pogrążeni w żałobie szwędaliśmy się po mieście do późnych godzin…

image

image

image

DZIEŃ 12 – piątek, 1.07.2016

Czas wejść na wzgórze, którego nie udało się zdobyć wczoraj! Na termometrze 35 stopni i marsz w pełnym słońcu, cienia nie znajdziesz. No może poza jednym, tuż przed samym szczytem. Zmordowani doszliśmy na górę, cyknęliśmy kilka fotek i czym prędzej uciekliśmy do wspomnianego cienia, by rozkoszować się chłodnym piwkiem 😉 Reszta dnia to już spacering, podczas którego znaleźliśmy prawdziwy skarb – kubańską manufakturę ciastek! Drogi Pamiętniku! Musisz wiedzieć, że prawie wszystkie miejsca, w których stołują się/robią zakupy Kubańczycy, są nieco poukrywane, bez szyldów. Jakaż była nasza radość, gdy znaleźliśmy to cudeńko! W ofercie raptem pięć rodzajów ciastek, a ruch jak w polskim markecie przed Świętami 😉 Nasza wizyta zakończyła się plecakiem wypchanym ciastkami (zapomnieliśmy siatki…). Dobra, musimy kończyć! Czas się pakować, jutro o 8 wyruszamy w podróż powrotną do Hawany. Słyszymy się stamtąd 🙂

image

image

image

Nasza ciastkarnia!

image

I nasza piekarnia 🙂

image

DZIEŃ 13 – sobota, 2.07.2016

Jak na nasze podróżnicze życie, dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie. Już o 7.30 w pełnej gotowości maszerowaliśmy na autobus powrotny do Hawany. Podróż na szczęście trwała krócej niż przewidywaliśmy i już koło 15 zameldowaliśmy się w naszej ostatniej casie. Szybko rzuciliśmy bagaże i biegiem do naszej ulubionej restauracyjki na obiad. Jako że musieliśmy pozbyć się lokalnej waluty, zamówiliśmy full zestawy z dużą lemoniadą. Całość i tak kosztowała grosze, a my obżarliśmy się tak, że aż wstyd… Trudno, w końcu to ostatni dzień! Sił starczyło, żeby spokojnym tempem, ostatni raz obejść najfajniejsze punkty Hawany i w końcu usiąść na Maleconie, w oczekiwaniu na zachód słońca 😉 To jak zwykle było niesamowite widowisko, które razem z nami podziwiały rzesze turystów i Kubańczyków. Aż łezka się w oku kręci, że to już koniec naszej kubańskiej przygody! Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas, póki co bierzemy się po raz n-ty za pakowanie 😉 Do jutra!

image

image

image

DZIEŃ 14 – niedziela, 3.07.2016

Nauczeni doświadczeniem, że w krajach Ameryki Łacińskiej na lotnisku trzeba być naprawdę wcześnie, bo wszystko może się zdarzyć, wkroczyliśmy do hali odlotów na 3,5 godziny przed naszym lotem. Zostało nam trochę „turystycznej” waluty (CUC), którą po odstaniu swojego w kilku kolejkach wymieniliśmy na eurasy (na peso meksykańskie niestety się nie udało). Tak oto kończy się niesamowita przygoda. My już w samolocie do Meridy, acz myślami wciąż na wyspie. Kuba to wyjątkowy kraj, pełen kontrastów, gdzie czas zatrzymał się jakieś pół wieku temu. Przepiękna kolonialna zabudowa w towarzystwie odrapanych i starych domów Kubańczyków, piękne turystyczne restauracje w sąsiedztwie czegoś na kształt barów mlecznych. I w końcu przemili i gościnni Kubańczycy kontra cwaniacy i oszuści, których tu nie brakuje. Pamiętniku! Kubę zapamiętamy na zawsze, mamy wrażenie, że udało nam się choć trochę poznać jej prawdziwe oblicze. Wiedz, że Kubańczyk nie pije ze znajomymi mohito przy dźwiękach Buena Vista Social Club. Raczej z kolegami łoi czysty rum, gdy w tle leci Rihanna czy kubańskie disco 😉

To by było na tyle! Kolejne meldunki, już w tradycyjnej formie, prosto z Meksyku 🙂

2 uwagi do wpisu “… SPECJALNIE DLA WAS POWSTAŁY KUBAŃSKIE „PAMIĘTNIKI Z WAKACJI”!

  1. Bardzo ciekawa relacja. Mam kilka pytań:
    1. Jak zorganizowaliscie wymiane CUC na CUP? Czy to legalne?
    2. Czy Kubanczycy nie chcieli od Was opłaty w CUC? Są jakieś 2 równolegle cenniki albo osobne sklepy w CUC?
    3. Czy podróż z 2-letnim dzieckiem wydaje się rozsadna?
    4. Czy czuliście sie tam bezpiecznie?

    Polubienie

    1. Cześć! Przepraszamy za opóźnienie w odpowiedzi na Twoje pytania! W końcu znaleźliśmy trochę czasu, by do nich przysiąść 😉

      1. Wymiana zorganizowała się sama. Zapytaliśmy pierwszą osobę, która znajdowała się w okolicy oficjalnego kantoru (Casa de cambio) o możliwość zakupu CUP i reszta potoczyła się bardzo spontanicznie. Nie ma problemu z wymianą, za 1 CUC dostaniesz 24 CUP. Pytaj zawsze kubańczyków spotkanych na ulicy, oni pokierują Cię do odpowiedniego miejsca 😉

      2. Kubańczycy prawie zawsze bedą Cię chcieli naciągnąć. Kupuj tam, gdzie widzisz czarno na białym ceny podane w CUP, w przeciwnym wypadku wmówią Ci, że musisz płacić w CUC. Prawie zawsze miejsca, w których zapłacisz lokalną walutą są dobrze poukrywane i znajdują się poza ścisłym centrum. Jeśli gdziekolwiek widzisz turystów – daruj sobie – oni płacą cztery razy więcej w CUC. W każdym mieście bez problemu znajdziesz piekarnię, warzywniaka, pizzerię i lokalny bar z cennikiem wyrażonym w CUP.

      3 i 4. Nie czuliśmy się nigdy w żaden sposób zagrożeni i przez 2 tygodnie naszego pobytu nie spotkała nas żadna przykra sytuacja (oczywiście oprócz notorycznych prób oszustwa). Uważamy, że podróżowanie z dzieckiem jest bezpieczne, warto jednak zaopatrzyć się w produkty, których zdobycie na Kubie może być ciężkie, jak choćby środki higieniczne, leki, kosmetyki oraz bezpieczne, przetworzone i pakowane jedzenie.

      Gdyby nasunęły się jeszcze jakieś pytania – służymy pomocą! 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s